Road to dreams, czyli jak zostałem juniorem

Dziś chciałbym podzielić się dość osobistymi przemyśleniami. Opowiem, jak wyglądały moje poczynania w ostatnich kilku miesiącach i jak udało mi się znaleźć w jednym z najlepszych software housów w Polsce

Cześć. Tworząc ten blog (listopad 2020), nie pracowałem jeszcze w branży IT. Wciąż byłem na etapie developera Wannabe, zastanawiając się, czy mój wysiłek ma sens i czas spędzony na naukę kiedykolwiek się opłaci. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że za niespełna pół roku będę już odbywał wymarzony zawód, to za żadne skarby bym mu nie uwierzył. To będzie najbardziej emocjonalny wpis na tym blogu (a zarazem pierwszy), ponieważ dziś chciałbym przelać na papier moje przemyślenia, które trzymam w sobie od jakiegoś czasu. Chiciałbym powiedzieć o tym, jak zdobyłem pierwszą pracę jako frontend developer i co się z tym wszystkim się wiązało. Ale zacznijmy od początku...

W październiku 2020 roku zacząłem 2. rok studiów, z którymi, jakby to powiedzieć, nie było mi po drodze. Traktowałem je raczej jako smutną konieczność, pracując jednocześnie na część etatu głównie weekendami. To był już czas, w którym na naukę programowania poświęcałem większość swojego wolnego czasu. Miałem już jasno zdefiniowany plan, chcąc zostać frontend developorem. Tworzyłem wtedy projekt za projektem. Uczyłem się technologii za technologią, zrozumiawszy już kilka miesięcy temu, że bez zapierdalania mój czas pozostały do znalezienia pierwszej pracy będzie się tylko odwlekał. Poświęcając czas na naukę, nie miałem problemu robić tego kosztem czasu spędzanym na potencjalne przyjemności, a nawet weekendowe imprezy. Oczywiście nie stałem się przez to jakimś jaskiniowcem. Wciąż utrzymywałem kontakt z bliskimi i musiałem chodzić do pracy, której nienawidziłem (aczkolwiek uważam, że wszystko, co przeszedłem, dużo mnie nauczyło), bo po prostu musiałem się utrzymać.

Na początku tamtego semestru niefortunnie trafiłem do szpitala na 2 tygodnie, co w rezultacie spowodowało, że musiałem wrócić do rodzinnego domu i zostać tam do stycznia następnego roku. Na szczęście studia były zdalne, więc nie miałem problemu w zaliczaniu semestru. Wówczas stworzyłem bloga, który był kolejnym projektem do zrealizowania w kolejce, dzięki czemu czytasz właśnie moje słowa. Stan zdrowotny się poprawił i wróciłem do Poznania. Styczeń. Luty. Nadeszła sesja, a ja wysłałem kilka CV na stanowisko frontendowe, nie wiążąc z tym żadnych nadziei, bo już wcześniej mi się to zdarzało, sam/a zgadnij z jakim rezultatem. Po dwóch tygodniach o dziwo dostałem telefon od jednej z firm. Zapytano mnie, czy dalej jestem zainteresowany, a ja marząc tak bardzo o tej pracy, bez chwili namysłu odparłem, że tak. Dostałem zadanie rekrutacyjne, paradoksalnie do napisania nie w React, a we Vue. Wtedy trochę się zawiodłem. Uwielbiałem i dalej uwielbiam Reacta, więc słysząc, że to Vue, musiałem chwilę się zastanowić, czy w ogóle podjąć wyzwanie. Moje doświadczenie w tym frameworku było zerowe. Tym bardziej że miałem na to 4 dni robocze. Zdecydowałem, że się tego podejmę. Przecież Vue to świetna technologia, nieustępująca Reactowi w niczym. W te 4 dni nauczyłem się jej podstaw i napisałem prostą, łączącą się z api aplikację najlepiej jak umiem. Po kilku dniach dostałem telefon, że jestem zaproszony na rozmowę z przyszłym szefem. Poszedłem na nią i podczas spotkania zaproponowano mi umowę od razu. Byłem ogromnie zaskoczony, ale jednocześnie szczęśliwy, bo ofertę przyjąłem bezzwłocznie. Po prawie dwóch tygodniach siedziałem już w biurze, w którym miałem rozmowę. Tym razem jako frontend developer. Udało się. Osiągnąłem swój cel. Byłem niesamowicie zadowolony z siebie, bo w końcu zaznałem rezultatów swoich starań. Uświadomiłem sobie, że wszystko, co robiłem, nie robiłem na darmo. Jak pewnie się domyślasz, ten sukces był gorzki.

Przychodząc do pierwszej pracy i tak naprawdę nie mając żadnego doświadczenia w tym zawodzie ani nawet w branży, zostałem pozostawiony samemu sobie. Nie miałem wsparcia żadnych innych frontend developerów, bo nie chodzili oni nawet do biura (pandemia itd.). Nie dostałem mentora ani żadnego wsparcia. Dostałem Della z leasingu i kartkę dotyczącą onboardingu. A później rozmowa z PMem i szefem o git flow. To był mój start. Moje pierwsze projekty to istniejący Wordpress (strona firmowa - każdy frontend dev dokładał coś do siebie na rozgrzewkę) i nowy projekt na Magento. Ot, tak zostałem rzucony na głęboką wodę w PHPowym projekcie, nie mając pojęcia nawet jak zrobić setup tej technologii (e-commerce Magento). Oczywiście dostałem wtedy wsparcie, jak już po prostu byłem w przysłowiowej dupie i z tym sobie nie radziłem. Aby dostać projekt we Vue, o którym była mowa, musiałem czekać prawie 3 miesiące - istniejącą aplikację po odchodzącym z firmy innym frontendowcu. Ponadto nie było żadnych dobrych praktyk pisania kodu. Żadnego code review, pair programmimngu, a system współpracy z klientem w zasadzie nie istniał. Aplikacja miała po prostu działać, nieważne jak była napisana. Mimo że cieszyłem się jak dziecko, osiągając swój cel, to poczułem, że nie tak to sobie wyobrażałem. Byłem zadowolony z siebie, ale zarazem smutny, że moje wyobrażenia i oczekiwania o rozwoju w pierwszej pracy w IT nie zostały spełnione. Doszedłem do wniosku, że na razie to wystarczy i lepsza taka praca niż moje poprzednie. Bądź co bądź, robiłem, co lubiłem, ale niesmak pozostał.

Po ponad trzech miesiącach pracy odwiedziłem stronę karier firmy, do której celowałem od początku mojej właściwej nauki. Okazało się, że po prawie półtora roku zostały otwarte wakaty na junior frontend developerów. Stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia, wysyłam CV i zobaczymy, co z tego będzie. Już na drugi dzień dostałem taska do zrobienia w ramach rekrutacji. I ponownie, czas oczekiwania na nie to 4 dni robocze, w których musiałem wyrobić się z napisaniem satysfakcjonującej mnie apki. Tylko że tym razem technologia to React. Firma ta, poza głównymi założeniami, dała mi pełną swobodę w doborze technologii. Do niczego tak bardzo wcześniej się nie przyłożyłem, jak do tego zadania. Wysłałem je i czekałem prawie 2 tygodnie, tracąc już niemalże wszystkie nadzieje. Po tym czasie dostałem informację zwrotną o przejściu do kolejnego etapu rekrutacyjnego. A po tym, do następnego i następnego. Cały ten proces stanowił duże wyzwanie. Do każdego etapu skrupulatnie się przygotowywałem, maksymalizując prawdopodobieństwo sukcesu. Jednak po każdym z nim byłem prawie pewien, że się dalej nie uda. Tym bardziej mając świadomość, że bardzo dużo ludzi aplikowało do tej firmy. W końcu dostałem ofertę pracy na maila i byłem przeszczęśliwy, nie wierząc jednocześnie, że się udało. Nie wierząc, że spełniłem chyba swoje największe jak dotąd marzenie. Wcześniej myślałem, że jest to otrzymanie pierwszej pracy w tym zawodzie, jednak dopiero otrzymując pracę w tej firmie, poczułem się w pełni spełniony. Pierwsze dni pracy jeszcze bardziej mnie o tym uświadomiły. Było to zupełne przeciwieństwo sytuacji z poprzedniej firmy i nie zawiodłem się ani trochę. Dostałem mentora, team leadera, frontów w projekcie, którzy pomogą we wszystkim i zawsze (no chyba że w danym momencie są na callu). Doświadczyłem wszelkich dobrych praktyk pracy z klientem, jak i programowania. Po prostu poczułem (i dalej czuję), że jestem na odpowiednim miejscu.

Mimo że tym razem prawdziwie zrealizowałem swój cel, to wiem, jak dużo jest pracy przede mną. Jeszcze kilka miesięcy temu musiałem poświęcać się nauce na własną rękę. Teraz mogę to robić w pracy, i to w technologiach, w których czuję się najlepiej. Dodatkowo, na rozwój pasji mogę poświęcać czas po godzinach, czego oczywiście w pracy się ode mnie nie wymaga, bo obowiązuje tak popularny work-life balance. Głupcem byłbym jednak, myśląc, że otrzymując wymarzoną pracę w wymarzonej firmie, mogę spocząć na laurach. Był to cel, który udało się zrealizować i jestem ogromnie szczęśliwy, że tak jest. Niemniej jednak mam świadomość, że dalej trzeba iść po swoje i rozwijać się w wybranych kierunkach. Dlatego uważam, że to teraz zaczyna się prawdziwa nauka - bo zawód programisty oznacza, że uczymy się całe życie. Na szczęście mam wokół siebie mnóstwo ludzi, którzy są gotowi mi z tym pomóc (z wzajemnością). I dam z siebie wszystko.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Jest to dla mnie zamknięcie pewnego etapu w moim życiu. Już od jakiegoś czasu chciałem się z tym wszystkim podzielić i zacząć myśleć o rzeczach, które czekają mnie w przyszłości. Jest to dla mnie kolejny kamień milowy, który chciałem mieć tu spisany. To wszystko może brzmieć dla niektórych głupio i naiwnie, szczególnie dla starszych stażem programistów w branży. Nie dbam jednak o to. Wiem, że powinniśmy pracować, by żyć, a nie odwrotnie. Jednak ktoś mądry kiedyś powiedział:

"Wybierz pracę, którą kochasz, i nie przepracujesz ani jednego dnia więcej w Twoim życiu."

i życzę tego każdemu.

Nie pisałem tego posta jedynie po to, by zdać relację. Jest to faktycznie bardzo osobiste wyznanie, które mam jednak nadzieję, że pozwoli wyciągnąć ci (jeżeli na przykład się uczysz i zastanawiasz się, czy to wszystko ma sens, tak jak niegdyś ja) pewne wnioski. Chciałem tutaj jakoś wypisać małe podsumowanie i konkluzje, jednak postanowiłem, że interpretację tego tekstu zostawię czytelnikom. Oczywiście, droga każdego developera Wannabe będzie inna. Niektórym uda się szybko zdobyć pracę, już po pół roku, a niektórym po dwóch latach. Czasem potrzeba trochę szczęścia, czasem bycia w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze. Dużo też znaczą umiejętności techniczne, miękkie, jak i język angielski. Nic tu nie jest zero jedynkowe. Na pewno ważne jest, by zrozumieć, dlaczego się to robi i po prostu napierdalać, cisnąć po swoje. Czasami przyda się ta pasja, a nie sama chęć działania dla pieniędzy. Wiedz jednak, że jak już zdobędziesz wymarzoną pracę, nie musi się ona okazać usłana różami i może mijać się z wyobrażeniami. Ta branża kusi. Kusi pieniędzmi, wygodą pracy, rynkiem pracownika i wieloma innymi rzeczami. Pamiętaj jednak, że jak każda inna branża ma swoje ciemne strony i minusy oraz bardzo różnych ludzi. Z tą myślą cię zostawię. Do zobaczenia w branży i powodzenia!

PS. Jeżeli chcesz dowiedzieć się co to za firma, to wejdź w zakładkę "o mnie"

PSS. Dopełnienie tej historii, czyli historię o początkach mojej nauki znajdziesz tutaj

© Damian Kalka 2021
Wszelkie prawa zastrzeżone